Menu

Prestiż czy pastisz?

Subiektywny przegląd kinematografii.

3 filmy must - see o Stanach cz.2

gosiukukuk

1. Służące/ The Help (reż. Tate Taylor) 2011

Lata 60 XX. wieku w Stanach, to jeden z najbardziej burzliwych okresów w historii USA. Począwszy od zabójstwa J.F.Kennedy'ego, poprzez wojnę w Wietnamie i masowe antywojenne prostesty, narodziny hippisów, rewolucję seksualną czy ruchy feministyczne. Jednak tym, co najbardziej podzieliło społeczeństwo, było wystąpienie na ulice tysięcy czarnoskórych obywateli, walczących o swoje prawa. W tle wielkiej polityki i krwawej walki o niezbywalne uprawnienia, toczyło się życie milionów Amerykanów. Amerykanów, którzy będąc dobrze sytuowanymi, białymi obywatelami, prowadzenie domu czy wychowywanie dzieci, powierzali służącym. 

Poznajemy Aibileen Clark (Viola Davis), która jest pomocą domową, pracującą u jednej z wielu zamożnych rodzin na Południu.  Jest jedną z tysięcy kobiet, które co rano zostawiają swoje rodziny, przywdziewają nienagannie wykrochmalony fartuszek i wychowują cudze dzieci. Wykonuje tę pracę od lat, od dziecka wiedząc kim będzie, tak samo, jak tysiące innych czarnoskórych kobiet. Wszystko zmienia się w momencie, gdy w miasteczku pojawia się Skeeter ( Emma Stone). Jest nieopierzoną, aspirującą dziennikarką, która wraca do domu, po studiach. Chcąc jak najszybciej zacząć pracę w zawodzie, zatrudnia się w miejscowej gazecie. Jednak, aby spełnić marzenia o wielkim dziennikarstwie, potrzebny jest jej chwytliwy temat. A gdyby tak napisać o życiu służących...? Porywając sie na Mount Everest, zaczyna nakłaniać miejscowe kobiety, do opowiedzenia swoich barwnych historii. 

Służące posiadają, tak jak dobre ciasto, wszystkie składniki do podbicia serc i podniebień widzów. Mamy świetnie zarysowane tło historyczne. Barwne, duszne Południe, lata 60, wielkie, ziemskie posiadłości i klasę robotniczą podległą klasie panów. Idealnie przedstawione jest stereotypowe życie zamożnych Amerykanów. Młode kobiety, które nad edukację i poszerzanie horyzontów przedkładają wypieki i cotygodniowe spotkania w gronie swoich klonów-przyjaciółek. Kadry jak z reklamy proszku do prania, przypominające nieco Truman Show, kartonowe i zblazowane a przy tym nieco puste życie. A pod podszewką, dramat czarnoskórych kobiet, które wychowują, uczą a w końcu obdarzają miłością dzieci, które dwadzieścia lat później stają się groteskową kalką rodziców. Są szykanowane, korzystają z wychodków, nie mają żadnych praw. Są jedynie obserwatorami, a nie uczestnikami. Kiedy jednak znoszą jedno upokorzenie za dużo, pęka tama a wraz z nią pojawia się niepokojąca rysa na idealnym obrazie amerykańskiego, sennego przedmieścia. 

Fabuła i bohaterowie to dwa asy filmu. Każda postać jest jakaś. Genialne Viola Davis, Octavia Spencer i Emma Stone wytwarzają niepodrabialną chemię. Wzruszają, bawią i uczą. Chociaż muszę przyznać, że nie zadzierałabym z Minny i jej ekstrawaganckimi wypiekami. 

2. Jerry Maguire ( reż. Cameron Crowe) 1996

Tom Cruise w swojej szczytowej formie. Jako Jerry Maguire posiada wszystko. Wygląd, pieniądze, karierę, poważnie, piękną kobiete u boku. Są lata 90 XX wieku, Stany Zjednoczone to kraj spełniania marzeń. Mieszkasz w dużym mieście? Żyjesz szybko, zarabiasz dużo, rozmyślasz mało. A na dodatek praca to Twoja pasja? Jesteś agentem sportowym, pracujesz dla ogromnej korporacji, która wytwarza dużo zielonych banknotów i wszyscy są zadowoleni. Masz duży aparament, korzystasz z telefonu komórkowego, śmiało możesz poczuć sie jak młody bóg. Jednak gdzieś z tyłu głowy zaczyna pojawiać się wątpliwość, czy to wszystko ma jakiekolwiek znaczenie. Czy gdybyś jednego dnia, został pozbawiony wszystkiego, jak wyglądałoby Twoje życie? I kto w nim by został? Gdy zdecydujesz się szczerze odpowiedzieć sobie na te pytania, nie spodziewaj się tęczy, raczej swojego tyłka na bruku. Ale nie musi to oznaczać sromotnej porażki, raczej świeży start. 

Jerry Maguire spokojnie mógłby być pierwowzorem dzisiejszego powszechnie uwielbianego coacha. Prawdopodobnie zarabiałby miliony na wykładach motywacyjnych. Z piedestału guru zajmującego się szlifowaniem sportowych diamentów, zostaje dotkliwie zepchnięty. Jedyna osobą, która podaje mu rękę jest niepozorna Dorothy Boyd (Renee Zellweger), a z obszernej listy klientów pozostaje mu Rob Tidwell (prześwietny Cuba Gooding Jr.). Co z tego wyniknie? Przyjaźń, łzy, dramat, szczęście, nieoczekiwane zwroty akcji, niekoniecznie w tej kolejności. A z wszystkich filmowych powiedzonek, show me the moneeeeeeeeey, jest chyba jednym z moich ulubionych. 

 

 

3. Blow (reż. Ted Demme) 2001

Lata  70 i 80 w Stanach Zdjednoczonych to oprócz kiczowatych fryzur, wszechobecnego disco, popu i keyboardów, filmów ze Stevenem Seagalem to przede wszystkich narodziny szczególnej miłości do Kolumbii, a raczej jej unikatowego dobra, kokainy. Nigdy wcześniej nie produkowano na tak wielką skalę i nie dorobiono się bajońskich fortun na żadnym narkotyku. To również era wielkości Pablo Escobara ( polecam zobaczyć Narcos - majstersztyk!), a od niego gładko można przejść do amerykańskiego, nie tak ikonicznego odpowiednika, George'a Junga (Johnny Depp). 

Klasyczna historia. Chłopak z prowincji marzy o pieniądzach, sławie i blichtrze, który uosabia amerykański sen. Zaczyna szybko, w czasach studenckich, gdzie prędko trafia za kratki, za posiadania marihuany. Jednak to dopiero początek. Jest inteligentny, błyskotliwy, a przede wszystkim zdeterminowany. Nie jest naznaczony żadnym rodzinnym dramatem, jego rodzice są typowym małzeństwem z przedmieść. Jednak Jung w żadnym wypadku nie chce być typowy. Nie chce nudnej pracy, która nie daje żadnej satysfakcji ani wysokich dochodów. Nie chce przeciętnej żony, domu z ogródkiem i sąsiadów machających przez płot. Chce być wielki. Pragnie być królem życia, pławić się w dolarach, mieć posiadłości z basenami wielkości futbolowego boiska. Nawiązuje więc znajomość, która przerodzi się w niewyobrażalny biznes i zażyłość z kolumbijskim bossem narkotykowym, Pablo Escobarem. W błyskawicznym tempie staje się jego prawą ręką w Ameryce Północnej, wprowadzając na salony kokainę. Zmienia tym samym jakość i pojęcie balangowania przez bogaczy, stając się niejako ojcem niechlubnego narkotykowego sukcesu. 

Blow jest świetnie wystylizowany. Blond czupryna Deppa, kolorowe ciuchy, wieczny dym papierosów, to co prawda bardzo uogólniona kwintesencja minionych dekad. Wraz z Penelope Cruz tworzą duet, na który patrzy sie z fascynacją. Sama ich relacja jest interesująca. Od wielkiej namiętności, żarliwej miłości, do nienawiści i spustoszenia. Można odnieść wrażenie, że Jung chciał być jedynie obserwatorem a nie uczestnikiem całego procesu, który sam rozpoczął. Egoistycznie oczekiwał jedynie na zyski i powiększającą się fortunę. Nie brał jednak pod uwagę, że handel narkotykami to cos w rodzaju obosiecznego miecza. Nie można mieć wpływu na życie innych, bez ingerencji we własne. 

Osobiście, jest to według mnie jeden z lepszych wystepów Deppa. Nigdy nie należałam do jego fanek, ale zawsze uważałam go za co najmniej interesującego aktora. W Blow jest hipnotyzujący. Czarujący, błyskotliwy, tajemniczy, nieco skryty, ale jednocześnie charyzmatyczny i nie pozostawiający nikogo obojętnie. Wiarygodnie kocha i nienawidzi, traci kontrolę nad biegiem wydarzeń w swoim życiu i zasmuca, będąc narratorem swojej opowieści. 

 

© Prestiż czy pastisz?
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci